Aby jednak zachować pozory aktywności na tym czymś w rodzaju blogu, co blogiem nie jest na szybko powstała notka podsumowująca, typu powiedzmy "tribute". powstała z tego co było pod ręką i z byle powodu. W tym przypadku byle powodem jest coś w rodzaju przybliżenia kontekstu artystycznego pokazywanych ilustracji. Kontekstu wątłego i dla inteligentnego czytelnika nie wymagającego objaśnienia. Można przypuszczać, że przy takiej ilości czytelników nikt zbytnio inteligentny tutaj nigdy nie zajrzy, dlatego też bez skrępowania ujawnię co z tego co powstało było zżynką z prawdziwej sztuki. Myślę, że jeżeli prawdziwe są te wszystkie historie o niskim poziomie wykształcenia obecnej młodzieży to można przyjąć, że notka ta ma jakiś minimalny potencjał edukacyjny, z tym że rzeczywiście bardzo niewielki.
Niedawno z nudów przeglądając internety w poszukiwaniu jakiś perwersyjnych treści przez przypadek na wikipedii (nie pamiętam dlaczego akurat tam szukałem tych treści, może chciałem znaleźć definicję jakiejś dewiacji) znalazłem biografię Davida Hockneya, z której wynikało, że jest to artysta wciąż dosłownie żywy. Był to dla mnie szok, bo byłem pewny, że strzelił sobie w głowę patrząc na ocean, co jak mi się kojarzyło potem sam namalował, pozostawiając sam akt samobójstwa w subtelnym niedopowiedzeniu. Jednak człowiek podobno ciągle żyje. Trudno. Ja dawno temu skorzystałem z jego dokonań, pokazując przygotowania kadry piłkarskiej do olimpiady w Monachium:
Zostawiłem tą ilustrację jako swoisty Easter Egg dla spostrzegawczych, co rzecz jasna nigdy nie zostało przez nikogo zauważone, mimo że Bigger Splash jest tak znanym obrazem w sztuce współczesnej jak jakaś kurde Wenus w przysłowiowym Milo. Jakiś czas potem aby zilustrować dramatyczne wydarzenia podczas samej olimpiady użyłem znanej fotografii prasowej, co okazało się dużo bardziej czytelne i oczywiste dla dwojga czytelników niż użycie obrazu z lat 60:
Potem nie było dużo lepiej. Nikt nie zauważył, że jeden z najbardziej wyświechtanych medialnie obrazów Edwarda Hoppera pomógł ogarnąć sytuację w nielegalnym lokalu funkcjonującym w przyszłym świecie rządzonym przez komunistów:
Wyjaśnieniem dlaczego nikt tego nie zauważył, może być to że nikt już wówczas nie wchodził na tamten blog.
Jednak zwykle tym, z czego kradłem pomysły, aby potem je sprofanować nie były albumy ze sztuką (mam tylko jeden i to niezbyt gruby, o Hockneyu zresztą), tylko komiksy o Tytusie, Romku i A'Tomku (których mam dużo). Na przykład z Księgi III historia o spotkaniu Tytusa i mieszkającego na księżycu lunaszka:
Robiąc historię o przychodni w Zleczewie, która miała być fajna a jak już widać nie jest, także podpieram się cudzymi pomysłami, tak jak tutaj świetnym obrazem rysownika i ilustratora Roberta Hilberta. Obrazem z tych, w których genialny twórca pozostawił w niedopowiedzeniu to co najważniejsze, jak ten Hockney co miał się niby zabić nad oceanem:
Ostatnio zamieszczone zilustrowanie pracy patologa podczas sekcji było wulgarnym przerysowaniem obrazu Rembrandta, dodatkowo używając tego samego tytułu żeby przypadkiem komuś nie umknęła subtelna aluzja:
No i zapomniałbym. W dawnym blogu zlikwidowanym przez reżimowe służby był specjalny dział o nazwie Zimny Bekon, poświęcony znanemu zdemoralizowanemu artyście:
Taaak, ograniczona inwencja jest czymś niezwykle bolesnym. Żeby było konsekwentnie to tytuł tej notki też jest ściągnięty, z piosenki Tenacious D, bo mniej więcej tak jak w tej piosence blog Szarzy Na Twarzy miał być najlepszą historią na świecie, a przynajmniej w powiecie mrzawińskim. Tak się wydawało, kiedy po sporej ilości wina podczas oglądania serialu The Walking Dead zrodził się pomysł i wyglądał na najlepszy. Ale niestety nie jest to najlepszy blog, to jest tylko "tribute".
W miarę serdecznie pozdrawiam.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz